|
.......a widziałeś te raki? Ktoś zostawił zupełnie nowe Grivele i to 10 m od liny poręczowej.
A to co ? ..... Wygląda jak jakieś cmentarzysko. Nie, to są przecież pozostawione namioty. Całe mnóstwo porwanych i połamanych namiotów. Ciekawe ile lat już tu stoją?
Tak komentowała Sylwia swoje dojście do obozu IV (7350 m.) na G-II.

Rzeczywiście widok był żenujący. Żeby jeszcze bardziej nie irytować Sylwii nie wspomniałem jej, że oprócz raków i butów wystawały z pod śniegu także nogi ich właściciela.
Obóz IV zastaliśmy zupełnie wyludniony. Mimo rozbitych tu wielu namiotów sprawiał wrażenie opuszczanego w pośpiechu. Zapowiadane nadejście załamania pogody skutecznie "oczyściło" naszą górę. W dół zeszli wszyscy. Została tylko nasza czwórka : Ja z Sylwią i Rysiek z Indonezyjczykiem Lukito. Pogoda jednak spłatała figla synoptykom i po jednym dniu opadów przyszło rozpogodzenie. Do skutecznego ataku potrzebowaliśmy jeszcze jednego dnia dobrej pogody. Dostaliśmy tylko pół ale i to wystarczyło.
Już nas wcześniej przestrzegano przed zbyt wczesnym wychodzeniem z obozu czwartego. Postanowiliśmy więc pospać i wstaliśmy dopiero o 3.30. Trzy godziny zajęło nam gotowanie i ubieranie. Pogoda nadal się utrzymywała dobra. Trochę tylko wiało. Na trawersie kopuły szczytowej okazało się że musimy przecierać szlak od nowa. Jednodniowy opad i silny wiatr skutecznie przysypał wcześniejszą ścieżkę. Szło się dobrze tylko coś nogi nie chciały się rozgrzać. Po dojściu na przełamanie ściany wyszliśmy na słońce. Od razu zrobiło się cieplej. Wyszukaliśmy zaciszne miejsce i zabraliśmy się za rozcieranie przymrożonych palców nóg. Wtedy doszedł do nas Rysiek. Jego partner Indonezyjczyk Lukito pozostał daleko w tyle. Szedł bardzo wolno i po paru godzinach zawrócił z połowy trawersu.
Zostaliśmy we trójkę.
Po godzinnym postoju ruszyliśmy w górę. Teraz Rysiek przecierał szlak a my z Sylwią podążaliśmy wolno za nim. Od strony pakistańskiej zbierało się coraz więcej chmur. W końcu wyszliśmy na grańkę szczytową. Do wierzchołka zostało tylko 50 m trawersu ubezpieczonego liną. Rysiek , który był na wierzchołku przed nami zaczął już schodzić. Zostaliśmy tylko we dwoje. Sam na sam ze swoim pierwszym ośmiotysięcznikiem. Widok jaki roztaczał się z wierzchołka był dosłownie połowiczny. Chmury , które nadciągnęły od pakistańskiej strony mocno ograniczyły nam widoczność tylko wierzchołek Hidden Peak-a wystawał gdzieś z obłoków. Natomiast widok na Tybet był zniewalający. Wspaniałe lodowce i strzeliste granie ciągnące się aż po horyzont. Zupełne dwa odmienne światy.
Mimo wzmagającego się wiatru na wierzchołku spędziliśmy ok. godziny. Zrobiliśmy pamiątkowe fotografie i zabraliśmy po parę kamyków na pamiątkę.
Kiedy już miałem schodzić uwagę mą zwróciło dziwne zachowanie Sylwii . Klęczała i zawzięcie waliła czekanem w lodowy wierzchołek naszej góry. Kiedy do niej doszedłem miała już wykopaną całkiem dużą dziurę w lodzie. Z początku myślałem że chce zabrać lodowe okruchy na pamiątkę ale nie. Ona kopała "lodowy grób" dla osiołka maskotki. Postanowiła, że osiołka podarowanego jej na 25 urodziny zakopie na szczycie swojej góry.
Na szczęście udało mi się ją odwieść od tego makabrycznego zamiaru i osiołek ocalał.
Zejście ze szczytu nie zajęło nam wiele czasu, zwłaszcza że mieliśmy już tylko w dół. Do przełamania ściany schodziliśmy już w chmurach. Przed trawersem kopuły szczytowej czekał na naszą dwójkę Rysiek. Dalej schodziliśmy już razem.
Widoczność spadła do 15 metrów, prószył drobny śnieg. Jeszcze tylko skok przez szeroką szczelinę i byliśmy przy naszych namiotach. Teraz już mogło sobie sypać - i sypało.
Następnego dnia rozpoczęliśmy zejście w dół. Było bardzo dużo świeżego śniegu i dość lawiniasto. Całe szczęście, że filar którym prowadziła droga był prawie cały oporęczowany, a lawiny schodziły bokami. Schodziliśmy tylko we dwoje gdyż Rysiek został ze swoim klientem w czwórce. Na całej drodze do jedynki wyrywaliśmy liny z pod śniegu . Zejście zajęło nam dwa dni a fatalna pogoda poprawiła się dopiero gdy dotarliśmy do obozu pierwszego.

Podczas tegorocznej wyprawy na Gasherbrum II ( 8035 m.) współdziałaliśmy z wyprawą Ryśka Pawłowskiego. Tworzyliśmy niezależną grupę Lubuską w składzie: Witek Szylderowicz i Jarek Woćko jako duet kierowniczy oraz Sylwia Bukowicka i Piotr Chudzik jako zespół kierujący duetem kierowniczym . Ze względów towarzyskich i finansowych bazę mieliśmy wspólną, lecz w trakcie wyprawy działaliśmy zupełnie samodzielnie. Podczas wejścia nie korzystaliśmy z tragarzy wysokościowych oraz tlenu. Wszystkie obozy oraz zaopatrzenie wynieśliśmy swoimi siłami. Podczas zakładania obozu III ( 6950 m.) Witek Szylderowicz z "czystego lenistwa" - żeby już więcej nie chodzić - w śmiałym samotnym ataku 21 lipca wszedł na wierzchołek G-II . Piotr Chudzik trapiony chorobą gardła zrezygnował z ataku szczytowego osiągając wysokość 6950 m. Sylwia Bukowicka i Jarek Woćko stanęli na wierzchołku 26 lipca.
|