|
21
lipca 2001 roku to początek kolejnej wyprawy. Moim celem jest zdobycie Khan
Tengri (7010m),
położonego
10 km od granicy z Chinami. W wyprawie biorą udział cztery osoby, trzy z
Gorzowa i jedna
z
Zielonej Góry. Z naszej czwórki tylko dwie wchodzą na wierzchołek. 5
sierpnia wraz z Jarosławem Woćko zdobywam swój pierwszy szczyt
siedmiotysięczny.

Nie
byłam przekonana do wyjazdu na Khan Tengri, ponieważ dwa dni przed
wylotem
dowiedziałam
się o śmierci mojego przyjaciela na Matterhornie.
W końcu 21 lipca wylatuję wraz z kolegami z Pragi
do Almaty. Korzystając z usług lokalnej agencji Rinata Kajbulina
„Asiatour”, następnego dnia po przylocie
do Kazahstanu jesteśmy w Akkol-u, bazie położonej
na 1800m,
z której to wszystkie wyprawy są transportowane
helikopterem
na lodowiec, na 4000m. Załamanie pogody uniemożliwia
nam jednak dalsze przemieszczanie się i dopiero po trzech dniach spędzonych
na trawce w Akkol-u, cieszymy się pierwszym śniegiem i widokiem z bazy -
północną ścianą Khan Tengri.
Celem
wyprawy jest zdobycie góry drogą normalną, od północy,
przez
Pik Czapajewa,. Na
drugi dzień po przylocie do bazy, Wojtek Śliwka z Gorzowa
i
Tomek Kuźnicki z Zielonej Góry od razu ruszają do góry, w celu
założenia obozu I. Po spędzeniu nocy
w
„jedynce” chłopcy schodzą na odpoczynek do bazy, a ja z Jarkiem wychodzę
do góry, wynosząc cały sprzęt potrzebny do założenia „dwójki”.
Działamy wspólnie tj., jedna grupa na dole, druga na górze. Trzy dni
po
założeniu przez nas obozu II, razem z Jarkiem znowu idziemy w
kierunku wierzchołka, już z zamiarem atakowania szczytu. Obydwoje
czujemy się świetnie. Akcja przebiega bardzo szybko. Pogoda, jak to w górach
bywa: słonko, wiatr, chmury, opady śniegu, temperatura w bazie spadająca
do –15 stopni Celsjusza, i znowu słonko... Do „dwójki”,
z
powodu niemiłosiernego słońca, docieramy bardzo późno. Kolejny dzień
przeznaczamy na odpoczynek, by dnia następnego ruszyć, przez plecy
Czapajewa, w kierunku „trójki”. Po pięciu godzinach wspinaczki
lokujemy się na noc w jaskini lodowej
pod
przełęczą (5800-5900m). Wtuleni w swoje śpiwory
i
pełni wiary w pomyślność dnia następnego, zasypiamy.
5 sierpnia o godz. 8.00 wraz z Jarkiem
wychodzę z jam śnieżnych obozu trzeciego na spotkanie z „wielkim”
Khanem. Na zewnątrz pogoda normalna. Mróz, wiatr i chmury przewalające
się przez wierzchołek. Przed nami jest już ok. 25 osób. Szybko
zdobywamy wysokość. Nagle tempo spada, kiedy dochodzimy do kuluaru śnieżnego
na wysokość 6700m. Na skalnym uskoku, najtrudniejszym odcinku drogi,
lekko przysypanym śniegiem na poręczach wisi 18 ludzi, a ze szczytu
schodzą już dwie osoby. Zamieniamy się w obserwatorów i spędzamy pod
kuluaremtrzy
godziny czekając, aż się sytuacja wyklaruje. Jarek zniechęcony
widokiem nad nami, zaczyna się zastanawiać czy warto czekać (jest już
godz. 14.00), czy warto jeszcze atakować szczyt. W końcu przekonuję
mojego towarzysza „wycieczki”, że warto jednak spróbować, bo do
wierzchołka zostało nam tylko i aż 300m.
W
miarę możliwości omijamy wszystkich bokiem, a na szczyt docieramy
dopiero o godz. 17.00.
Jest prawie bezwietrznie,dół
spowity chmurami, a nad nimi jeszcze my i Pik Pobiedy. Z dołu na szczyt
docierają „spóźnieni” wspinacze. Robimy parę zdjęć
i
ok. 17.45 zaczynamy zejście. Po drodze w kuluarze mijamy, idące w
dalszym ciągu do góry, osoby napotkane wcześniej. Z powodu braku czołówek
szybko kierujemy się ku dołowi. Po omacku (godz. 22.30) docieramy w końcu
do naszej lodowej „gawry”. Organizm domaga się snu. Jeszcze tylko parę
łyków ciepłej herbaty i zasypiamy. Ranek wita nas bezchmurnym niebem,
silnym wiatrem, dużym mrozem, i smutną wiadomością. Tego samego dnia,
kiedy osiągnęliśmy wierzchołek, śmierć poniósł 17-letni
Moskwiczanin, który spadł ponad 1000m z feralnego kuluaru.
Popijając
ciepły napój pomału szykujemy się do drogi powrotnej. Na „plecy
Czapajewa” (6120m) podchodzimy z wielkim trudem. Wystawieni na działanie
słońca, zasłonięci od wiatru, z bólem żołądka. Brrr......
Po
drodze spotykamy naszych chłopców
Wojtka i Tomka. Zdajemy im relacje z naszego wejścia na Khana,
przekazujemy część sprzętu i życząc powodzenia oddalamy się od
siebie.
Oni
wolniej do góry, my szybciej już tylko w dół. Pozostawiamy uszkodzony
namiot w „dwójce”, likwidujemy „jedynkę” i wieczorem, tego
samego dnia, jesteśmy w bazie.
Następnego
dnia Wojtek z Tomkiem dołączają do nas. Wycofali się z nad obozu II,
spod pierwszych poręczówek (...?)
|

|