Mount 

Blanc
Autor : Marcin Cywiński

Rejon :  Francja - Alpy zachodnie

Data wyjazdu:  27 -07-2002

Data powrotu:  4-08-2002

Skład wyprawy: Małgorzata Kempska i Marcin Cywiński


                W dniach 27 lipca - 4 sierpnia działała w Alpach, w masywie Mount Blanc wyprawa młodszej kadry klubowej Speleoklubu Gawra wraz z sekcją wspinaczkową Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Gorzowie Wlkp. Celem wyprawy było oczywiście wejście na "Białą Górę". W skład wyprawy wchodzili ; Małgorzata Kempska ( PWSZ Gorzów Wlkp., Speleklub Gawra), Piotr Jaskółka ( PWSZ Gorzów Wlkp.) Joanna Nowakowska ( PWSZ Gorzów Wlkp. ) oraz Marcin Cywiński ( Speleoklub Gawra Gorzów Wlkp.).  Wyprawa podzieliła sie na dwa zespoły. Pierwszy obrał sobie za cel Tour du Mount Blanc prowadzący przez Francję, Włochy i Szwajcarię, natomiast drugi postawił na celowniku Blanc`a. 

 W owym czasie pogoda w rejonie Chamonix było w kratkę, a jak wiadomo, pogoda jest czynnikiem decydującym. W przygotowaniach do wyjazdu brało udział wiele osób. Pomagały one finansowo, merytorycznie i organizacyjnie za co gorąco dziękujemy. Dojechaliśmy w sposób najtańszy ale nie najlepszy do Chamonix; pociągiem przez Niemcy, a przez Szwajcarię i Francję autostopem. Wyposażeni byliśmy w humor, masę opisów ściągniętych z internetu, notatek od znajomych , odpowiedni sprzęt wysokogórski, namiot itd. Startowaliśmy z La Fayet Tramwajem du Mount Blanc, oszczędzając nasze siły ale nie pieniądze, bowiem wjazd tam i z powrotem tzn. z La Fayet do Nid `d Aigle ( 2372 m) kosztuje 22 Euro. Na górną stacje kolejki trafiliśmy około godziny 14.00. Z nieco przeładowanymi plecakami ruszyliśmy na podbój góry.

 Z powodu nie kompletnego składu wyprawy nasze plecaki ważyły po 25 kg co było prawdziwą udręką. Jak się później okazało opisy z różnych stron internetowych opisujących wejście są niekompletne. Wszystkie skupiały się na wejściu z grani Gouter na szczyt, a mało która opisywała trudy i ogromne odległości jakie trzeba pokonać aby wdrapać się w rejon schroniska Tete Rousse. Dla przeciętnego Polaka nocleg w schroniskach jest wielką abstrakcją dlatego cały dobytek trzeba taszczyć na plecach, a to sprawia chyba największą trudność, a wierzcie, idzie się naprawdę długo i ciężko. Po kilku godzinach trekingu dotarliśmy wreszcie do pierwszego noclegu - glacier du Tete Rousse (3204m). Jedyną myślą było tylko coś do picia, jedzonko i spać. Do naszego zmęczenia dołączył jeszcze wpływ wysokości na nasz organizm. 

Nocleg na kamieniach był średnio wygodny, ale na szczęście minęły problemy z wysokością. Rankiem po niewielkim posiłku ryszyliśmy w stronę schroniska Gouter. Najśmieszniejszą rzeczą była chyba lina poręczowa na żlebie "spadających kamieni" zawieszona 2 metry nad nami, do której mieliśmy się wpiąć. Udało nam się na szczęście pokonać żleb bez poręczówki co było dość ryzykowne. Kuluar, który wiedzie na gran Gouter jest ogromnie wymagający dla kogoś, kto pierwszy raz zawitał w górach wysokich i wędruje z dużym plecakiem. Do zmęczenia dochodziła coraz bardziej wysokość co doprowadzało do zwolnienia tempa, wyczerpania organizmu, walki z własną słabością i trudami atmosferycznymi. Im bliżej podchodziliśmy do Goutier`a tym bardziej sypał snieg i wiał wiatr. Przy schronisku musieliśmy założyć wreszcie raki. Po dotarciu na biwak zmuszeni byliśmy rozstawiać namiot przy dużym wietrze i sporych opadach śniegu i gradu, co sprawiało nam trudność. Według planu atakować szczyt mieliśmy jeszcze tego samego dnia w nocy, lecz ogromnie gęsta mgła, silne opady śniegu i wiatr zmusiły nas do pozostania w namiocie. Noc mieliśmy niespokojną. Przez jej większość sprawdzaliśmy czy nasz namiot miotany przez ogromne podmuchy wiatru nie porwał się , a tropik nie odleciał.  Niestety w obliczu wciąż pogarszającej się pogody, wzmożonych opadach śniegu i  silnych porywach wiatru podjęliśmy bardzo trudną decyzję o odwrocie. W czasie powrotu jeden z moich nowych raków taśmowych "Salewy" powyginał się i spadł mi z buta .  Ponoć miał być bez wad a tu proszę...  Zejście mokrym i ośnieżonym kuluarem poniżej schroniska Goutier  dostarczył nam wiele niezapomnianych wrażeń z nutką niebezpieczeństwa upadku w otchłań . Niesamowicie zmordowani dotarliśmy do bazy w Chamonix z myślą jedynie o prysznicu i odpoczynku. Przez resztę dni oczekiwania na zmianę pogody Mount Blanc nie wychodził z chmur.

Z porażką po nie zdobyciu szczytu lecz szczęśliwi, że przetrwaliśmy bez obrażeń wróciliśmy po 36 godzinach podróży do domu.  

                "Biała Góra" - Monut Blanc nie jest górą łatwą. Wszyscy, którzy uważają, że tak nie jest  i weszli na szczyt są w błędzie. Mieli po prostu szczęście. Zdobycie szczytu przy dobrej pogodzie to loteria, która może przynieść zamiast żalu z porażki śmierć ! Świadczyć o tym choćby statystyka wypadków, z których jeden na trzy jest śmiertelny, dlatego polecam wcześniejsze szczegółowe przygotowanie i rozwagę w podejmowaniu decyzji. A wiem jedno - bogatsi o nowe doświadczenia wysokogórskie na pewno za rok wrócimy pod Mount Blanc i spróbujemy jeszcze raz.        

 


Powrót do strony głównej